Rozwój ekologicznej świadomości. Tworzenie nowego społeczeństwa.
Uwierzyć w siebie – Jadwiga Łopata
Ekologiczny sposób życia to nie jest coś niezwykłego, to najbardziej naturalny sposób życia, wypływający z naszej głębi. Jak to się stało, że jestem w tym punkcie mojej drogi życiowej ?
Wszystko zaczęło się od tego, że urodziłam się i wychowałam w małym gospodarstwie na wsi. W mojej rodzinie nie mówiło się o ekologii, ale robiło się wszystko z szacunkiem dla przyrody. Życie było raczej ciężkie. Sprzyjało to rozwijaniu takich cech jak: zaradność, współczucie, niezależność, odwaga, poczucie odpowiedzialności za to co się robi, naturalny odruch pomocy innym. Mimo, że wtedy o tym nie myślałam, wszystko to bardzo głęboko 'weszło’ w każdą komórkę mojego ciała, umysłu i ducha. Nikt z ludzi nie uczył mnie miłości do drzew, kwiatów, gór, powietrza, wody, ognia. Ale ta miłość była i jest wszędzie i mimo, że nie zdawałam sobie z tego sprawy, przenikała mnie i wypełniała.
Kiedy dorastałam wszyscy zachwycali się wygodnym i dostatnim życiem w mieście, osiągnięciami nauki i techniki. Zostałam również złapana w te sidła. „Wstąpiłam” na materialną ścieżkę, marzyłam o swoim M-4, samochodzie, TV, pralce automatycznej, itp….
Poświęcałam mnóstwo czasu swojemu ciału: ubranie, ozdabianie, sport. Byłam zajęta sobą, ale bardzo powierzchownie. Wciąż było pełno hałasu wokół mnie: radio, telewizor, kino, teatr, spotkania towarzyskie. Przybywało coraz więcej materialnych rzeczy, robiłam się nerwowa, zagubiona, wypełniona strachem i obawami. Wydawało mi się, że tak musi być, tak przecież robią wszyscy inni ludzie, z którymi się spotykałam, takie są obowiązujące prawem przepisy. Pozwalałam innym decydować o tym, jak ma wyglądać moje życie, o której mam wstawać (godzinę przed pójściem do pracy), kłaść się spać (po obejrzeniu filmu w TV), jak się ubierać (zgodnie z ciągle zmieniającą się modą), co jeść (modne restauracje, pięknie opakowane produkty z Zachodu), jak spędzać wolny czas (w taki sam sposób jak robią to inni, w zależności od pory roku: narty lub morze i wylegiwanie się na plaży).
Nawet przez moment nie pojawiła się refleksja, że jestem w trybach wielkiej machiny, że jestem manewrowana i wyzyskiwana. Teraz często myślę o tym, skąd bierze się taka bierna akceptacja i przekonanie, że nie ma możliwości innego życia.
A jednak tak nie jest. A jednak można, choćby częściowo, wyrwać się z tych trybów i mieć dużo większy wpływ na to, jak się żyje i na co poświęca się swój wolny czas, swoją energię, swoje życie. Można pracować tak, jak się chce i żyć w takim otoczeniu, w jakim się chce. Wymaga to odwagi w podejmowaniu decyzji i wyzbycia się strachu przed nieznanym, a przede wszystkim świadomości, że jest to możliwe. Ale o tym to wiem dopiero teraz, kiedy wszystko to przeszłam, przeżyłam sama.
Około 40 lat temu pojawiły się pierwsze nieśmiałe dzwoneczki. Swoim intelektualnym umysłem dostrzegałam ekologiczne zniszczenia. Myślałam wtedy, że moje działania niewiele zmienią, a więc nic nie robiłam. Myślałam, że winę ponosi rząd, że ja nic nie mogę zrobić. W odczuciu bezsilności i strachu przed nowym, wciąż akceptowałam wszystko, ku zadowoleniu otoczenia, bo przecież w grupie raźniej. Wszystko wydawało się takie dalekie i niemożliwe. Myślałam, że to oni powinni coś zrobić. Ale kim są właściwie ci „oni”? To przecież ja, ty, każdy z nas!
Po jakimś czasie przyszedł drugi etap. Zdałam sobie sprawę, że ja również przyczyniam się do niszczenia środowiska. Był to okres wewnętrznej walki samej ze sobą. Wiedziałam już, że wiele rzeczy robięźle, ale bardzo trudno było mi je zmienić. Jedne dawały mi dużo przyjemnych odczuć, inne wymagały większego (jak mi się wtedy zdawało) wysiłku, jeszcze inne wymagały odwagi w bezpośredniej konfrontacji z tzw. normalnymi ludźmi. Gdy zaczęłam się tym dzielić z innymi, „przylgnął” do mnie przydomek tzw. „nawiedzonej”. To prawda, że początek świadomej drogi życia jest trudny, ale przecież trudności są po to, aby je pokonywać, uczyć się na nich i rozwijać się dzięki nim. Pojawiają się nowe możliwości, odkrywa się nowy świat, innych ludzi. Jest tutaj pełno harmonii, miłości, twórczości, ciepła i czasu dla innego człowieka. To bardzo wciąga. Nie można o tym zapomnieć. Nowi ludzie, którzy pojawiali się i pojawiają na mojej świadomej drodze życia byli/są uśmiechnięci, pogodni, spokojni, jaśniejący, gotowi dzielić się swoją miłością i pomagać.
Uczyłam się obserwując ich. Powoli „stawałam się” wegetarianką. Z uwagą przyglądałam się produktom, które zamierzałam kupić. Starałam się żyć ekologicznie. Dokręcałam kurki, gasiłam światło, segregowałam śmieci, zaczęłam praktykować hatha jogę. Byłam jak mały, górski strumyk obok „wielkiej rzeki tzw. normalnego życia”. Czasami się bałam tego, co robię (bo czemu tak wielu ludzi robi co innego), ukrywałam przed innymi. Ale mój wewnętrzny ogień był bardzo silny. Z czasem stawałam się mocniejsza i pewniej stąpałam po mojej nowej drodze.
Po etapie drugim – wewnętrznej walki, nadszedł trzeci – cisza, akceptacja wewnętrzna, bardzo mocna potrzeba pracy ze sobą. Nie odczuwałam już tego co robię jako wysiłku lub rezygnacji z czegoś. Taki sposób życia stał się częścią mnie samej.
Naturalne jest dla mnie to, że segreguję śmieci, jem lokalną żywność produkowaną metodami tradycyjnymi i ekologicznymi, medytuję, nie cierpię z powodu braku telewizora. Oczywiście korzystam z komputerów, telefonu ( tylko stacjonarnego), fax-u, internetu i wszystkich dobrych osiągnięć techniki. Dobrych dla naturalnego środowiska, ludzi i wszystkich innych istot.
Nie wolno rozkładać bezradnie rąk, że tego, czy tamtego nie ma. Jeśli nie ma to wypracuj to sam! Wszystko jest możliwe, jeśli bardzo chcesz. .
Czasami spełniam bardzo ważne funkcje społeczne, a innym razem rozrzucam kompost, sieję
nasiona, gotuję, myję naczynia, piorę…tak najzwyklej, najprościej, bez
pośpiechu, wkładając w każdą z tych czynności wiele serca.
Tak bardzo daleko odeszliśmy od prostoty, a przecież w niej jest najwięcej piękna, mądrości, siły i miłości. Wróciłam na wieś, bo jest to miejsce, gdzie można ponownie odnaleźć siebie.
